kreatywnaekipa blog

Twój nowy blog

Coś jednak w międzyczasie robimy, niektóre rzeczy nabierają połysku. Teraz tylko pojawił się problem z umiejscowieniem śrubek, nie wiadomo która gdzie ma iść. Wciąż szukamy kółek, namiary na pewien sklep już są, tylko trzeba się tam wybrać. Postępy małe, ale zawsze jakieś, fotki wkrótce ;)

Rama dostała warstwę bezbarwnego lakieru, nie obyło się bez „kłopocików”, ale sytuacja została opanowana. Fiolet nabrał połysku i stał się odrobinę ciemniejszy. Przy widełkach znajdował się mały plastik, który wszystkich denerwował swoim szkaradnym wyglądem, więc został pomalowany na biało.




Chwilę nam zajęło przypomnienie sobie w jaki sposób była zamontowana kierownica. Metodą prób i błędów udało się. Łożyska zostały przesmarowane i wszystko działa jak należy. 

Na samym początku dzwonek po ściągnięciu z kierownicy wyglądał dość… ciekawie. Prawie jakby był po powodzi. I nie chciał dzwonić :(


Wylądował na chwilę w benzynie, został całkowicie rozebrany, wyszorowany, a na końcu oczywiście wypolerowany. Niestety nie ma zdjęcia jak wyglądał dzwonek z zewnątrz przed zabiegiem, ale uwierzcie, wyglądał nie lepiej niż w środku :)

A tu już zamontowany, uchwyt też po polerce.

Wypolerowane Błotniki czekają na wielki moment, zresztą my też :)

Zaszło wiele zmian. W końcu udało się pomalować wszystkie elementy.

Artystyczne ujęcie narzędzia pracy :)

Osłona pomalowana na biało, za pierwszym razem wyszły zacieki i było strasznie nierówno. Delikatne wyrównanie papierem ściernym i druga warstwa dały pożądany efekt.

W międzyczasie tylne koło zostało pozbawione ośki.

Po kąpieli w benzynie i wyczyszczeniu.

W końcu nadeszła oczekiwana przez nas chwila. Ściągnęliśmy ramę z imadła, wstrząsneliśmy lakierem z odpowiednią siłą i mocą. Próbne psiknięcie na ścianę. Zaczęliśmy malowanie ramy. Chwilę później było po wszystkim. Kolor powalił nas na ziemię. Przez najbliższe 10 minut nie mogliśmy wyjść z podziwu. Fioletowy metallic to był dobry wybór, z białymi wstawkami będzie wyglądał idealnie. Jak już emocje opadły, to zaczęliśmy wyłapywać niedomalowane miejsca, jakieś błędy itd.

Pomalowaliśmy bagażnik na biało, ze względu na to, że skończył się nam fioletowy metallic. Poza tym stwierdziliśmy, że z tyłu będzie za mało białego, więc trzeba to jakoś zrównoważyć. Było już późno, więc nie było mowy o nałożeniu bezbarwnego lakieru. Zostawiliśmy to na kiedy indziej. Lakier przeschnął, przykryliśmy ramę workami i zwinęliśmy interes, już od tej farby wszystkim zaczęło się robić aż nazbyt wesoło :)

 

Kolejny mały update.


Usuwanie resztek farby i przygotowywanie do malowania… „Fuck” niezamierzony :)

 

.Następnie wszystko dostało swoją dawkę podkładu.

   

Oprócz tego skończyliśmy polerować jeden błotnik, a poniżej macie porównanie :)

Wbrew pozorom jak dotąd zrobiliśmy przy rowerze już dość dużo, tylko nikomu się nie chce robić aktualizacji :P Jesteśmy teraz w fazie obmyślania pewnych problematycznych kwestii, po ich rozwiązaniu znów ruszymy pełną parą.

Wszystkie drobniejsze części i łańcuch (który już został wyczyszczony) wylądowały w pojemniku.

Najbardziej czasochłonna i parszywa robota… Można było zedrzeć tą farbę na wiele sposobów, my wybraliśmy ten najtrudniejszy. Wiertary + szczoty i dużo cierpliwości. Braliśmy pod uwagę też rozpuszczalniki i benzynę, ale potrzebowalibyśmy basenu, żeby wrzucić ramę i samo by zeszło :)
  

Łożyska zostały rozebrane, wymyte i złożone.
  

Czyszczenie i polerowanie co poniektórych elementów.

Po lewej efekt końcowy polerowania, po prawej przejechane tylko papierem ściernym.

W następnym odcinku – malowanko :)

Żeby nie było, że nic nie robimy ;P



Długo się przymierzaliśmy do stworzenia kolejnej rzeźby ze śniegu. Zwykle nie odpowiadały warunki pogodowe, bo przez ostatnie parę dni cały czas sypało śniegiem, a pod wieczór przychodził mróz nie do wytrzymania. W końcu nadszedł idealny dzień i wzięliśmy się do roboty. Jak zwykle zaczęliśmy od śniegowego klocka, jeszcze większego niż ostatnio.
 

 

O dziwo ten etap przebiegł niezwykle szybko i sprawnie, pomimo faktu, że niektórzy się nieźle obijali :> Od tego momentu mieliśmy zamienić klocek w dłoń trzymającą kulę. Całkiem inaczej sobie wyobrażaliśmy przebieg prac, „wystarczyło” w sumie ociosać kulę i dolepić palce. Rzeczywistość, jak zwykle, okazała się brutalna. Przerobienie sześcianu na kulę jeszcze było w miarę proste, ale wykonanie dłoni to całkiem inna bajka. W międzyczasie przez „plac budowy” przewinęło się trochę ludzi i Kreatywna Ekipa rozdzieliła się na 2 ekipy… i nagle obok dłoni zaczęła powstawać jeszcze jedna rzeźba! Powstała wielka butelka piwa, która też nie była tak prosta do zrobienia jak się wydawało. Aczkolwiek zajęła o wiele mniej czasu.

Dłoń zaczęła nabierać coraz to bardziej proporcjonalnych kształtów. Na koniec zajęliśmy się kostkami, paznokciami i ogólnym wyrównywaniem. Z jednej strony potraktowaliśmy rzeźbę nieco po macoszemu, widać niedopracowanie z tej strony, ale trudno :) Znów przychodzi odwilż i chyba nie zdołamy zrobić następnej rzeźby, ale kto wie, kto wie… Podziwiajcie zdjęcia :)

      

Nadszedł czas, aby przedstawić światu nasze kolejne dzielo. Kilka dni po stworzeniu kobiety idealnej, zachęceni sukcesem poprzedniego projektu, postanowiliśmy zrobić coś innego, lepszego i na wiekszą skalę. Pogoda znowu nam nie sprzyjała. Temperatury były na tyle niskie, że śnieg nie chciał się lepić. Nie było mowy o tym, żeby utoczyć wielką kulę i zacząć w niej rzeźbić. Jednak przeciwności nie zraziły nas i postanowiliśmy zebrać śnieg w jedno miejsce, ubić go i wtedy zacząć budowę. Na tym etapie nie zastanawialiśmy sie jeszcze co zrobimy. Złapaliśmy za łopaty i zaczęliśmy zagarniać biały puch z boiska. Gdy nazbierała się już dość spora kupa śniegu, przy użyciu kilku desek i wspomnianych wcześniej łopat zaczęliśmy formować prostopadłościan.
 

Free Image Hosting at www.ImageShack.us 

W czasie budowy kilkukrotnie przeprowadzaliśmy burzę mózgów, bo nadal nie wiedzieliśmy co tak właściwie robimy. Padło kilka naprawde ciekawych pomysłów, takich jak: pralka, smok, kibel, facet na kiblu, facet z głową w kiblu… wielka dłoń trzymająca kulę, ogromny „fuck” i wiele innych. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się na wielką czaszkę.

Jako że wielki prostopadlościan nie ma nic wspolnego z czachą, musieliśmy przyciąć trochę konstrukcję, co swoją drogą było dobrym sposobem na rozluźnienie po około dwoch godzinach zbierania i formowania śniegu. Zaczęliśmy się wyżywać na naszym klocku m.in. za pomocą „noża”. Z minuty na minutę rzeźba nabierała kształtów. Pod koniec zajęliśmy się szczegółami, krzywymi zębami itd.


 


Robiła się już późna godzina. W pewnym momencie przyszła jakaś pani z aparatem i doceniła nasze starania. Nieźle nas podbudowała :) Spryskaliśmy jeszcze czachę wodą, żeby dodać jej nieco wytrzymałości. Na sam koniec włożyliśmy w oczodoły świeczki, dzięki którym czacha wzbudzała odpowiedni respekt ;) Korzystając z lamp telefonów komórkowych cyknęliśmy parę klimatycznych fotek, po czym postanowiliśmy się zwinąć.

     

W drodze powrotnej niestety napotkaliśmy na niezadowoloną z naszych poczynań osobę, ale cóż, było to zwykłe nieporozumienie :P Co ciekawe piekielna czacha wytrzymała parę dobrych dni zanim ktoś postanowił się na niej wyżyć. Jak zwykle, jesteśmy dumni z naszej rzeźby i na pewno zrobimy następną, to tylko kwestia czasu…

Mieliśmy opisać nasze wcześniejsze dzieło, ale to może jeszcze poczekać.
 Tymczasem przedstawiamy wam nasz najnowszy „nabytek”, który przez ostatnie kilkanaście lat stał samotnie w opuszczonym domu, czekając na swoją chwilę.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

No a tak bardziej serio, to dostaliśmy ten rower od kumpeli. Zleciła nam, abyśmy go odpicowali, czyli misja z serii „pimp my fahrrad”. W planach mamy delikatne zmiany, wszystkie z naciskiem na styl retro.

Zimny i paskudny wieczór. Jak zazwyczaj staliśmy na dworze i nie mieliśmy co ze sobą zrobić. Wtem jeden z kumpli rzekł: „zróbmy coś… kreatywnego!”. Wszyscy zamarli na chwilę. Zaczęliśmy się zastanawiać, co właściwie można zrobić fajnego w taką pogodę?
Bałwana… ale nie byle jakiego! Jeden kumpel zrobił sobie kulę ze śniegu i przerobił ją na „serce”, choć dla niektórych bardziej przypominało to dupę. Trzy sniegowe kule ułożone na sobie nie robią na nikim wrażenia, więc podnieśliśmy sobie poprzeczkę o wiele wyżej. Postanowiliśmy wyrzeźbić w śniegu kobiecą postać siedzącą na ławce. Wcześniej wspomniane „serce” idealnie nadawało się na tyłek dla naszej lodowej damy. Był niezły mróz, toteż śnieg nie lepił się tak jak byśmy chcieli. Wykorzystaliśmy chyba ze 3 sporych rozmiarów kule śniegowe, w których później rzeźbiliśmy. Z kobiecymi atutami było najwięcej zabawy, bo wszystko miało być „idealne” :) Ukończona postać dostała nazwę „Gienia” i została upamiętniona na zdjęciach :)

Była to idealna dziewczyna, nic nie mówiła, lubiła towarzystwo chłopaków. Ujawniły się nasze zdolności w rzeźbieniu. Na następny dzień królowej śniegu już nie było… A my poczuliśmy, że musimy stworzyć kolejną rzeźbę. O tym jednak napiszemy kiedy indziej.


  • RSS